Modlin Twierdza: Świecka misjonarka Agnieszka Głowacka

Misje nie są daleko, bo można je zacząć od każdej Mszy św. i każdego uczynku miłosierdzia – przekonuje świecka misjonarka z Modlina Twierdzy Agnieszka Głowacka.

Aby być misjonarzem, wcale nie trzeba – jak się niektórym wydaje – iść do zakonu, bo świeccy misjonarze są tak samo potrzebni. Na ich przyjazd, nawet na krótko, bardzo czekają ci, którzy na misjach spędzają całe swoje życie, m.in. zakonnicy, księża czy siostry zakonne, ale także ci, którym mają służyć.

Teatr zamienił się w misje

Agnieszka Głowacka pochodzi z parafii św. Barbary w Modlinie-Twierdzy. Ponad rok temu wróciła z Zambii. Na misjach spędziła półtora roku. Jak sama mówi, do tego czasu będzie w przyszłości wracać najczęściej. Była to dla niej jedna z najwartościowszych lekcji w życiu. – Od dziecka byłam zaangażowana w Teatrzyk św. Jana Bosko – wspomina Agnieszka. – W spektaklach poświęconych temu świętemu były sceny, w których zbierał on dzieci z ulicy, a ja zawsze grałam jedno z nich. Często ubierano mnie w stare, podarte koszule, malowano węglem. No, i zawsze ten św. Jan Bosko się w moim życiu pojawiał. Jako mała dziewczynka nie myślałam, że miał je także zmienić.

Gdy Agnieszka była w gimnazjum, poznała Salezjański Ośrodek Misyjny i wyruszyła z nim na pielgrzymkę. Potem były kolejne spotkania, m.in. Campo Bosco w Czerwińsku. – Tam też usłyszałam świadectwo świeckiej wolontariuszki, która pracowała na Madagaskarze. Pamiętam, że z wielkim zaciekawieniem słuchałam jej opowieści o tym, jak Pan Bóg ją prowadził, ile cudów doświadczyła w czasie pobytu na misjach. Tak bardzo mnie to poruszyło, że pomyślałam sobie: „Może i ja kiedyś wyjadę na misje?”. Kiedy mnie pytano, kim będę, odpowiadałam, że zostanę lekarzem i wyjadę na misje do Afryki. Lekarzem nie jestem, ale na misje wyjechałam – wspomina Agnieszka.

W języku Ducha Świętego

Kiedy była na studiach, rozeznawała swoje powołanie. Dużo modliła się o dobry wybór drogi życia. Często pytała Pana Boga, co zrobić z pragnieniem wyjazdu na misje. – Myślałam na początku, że to tylko marzenie. Jednak to pragnienie z czasem stawało się silniejsze. Zawsze się gdzieś przewijała ta myśl: „Jedź na misje!”, zawsze czułam, że to pragnienie we mnie gdzieś było. Nie jestem w stanie powiedzieć, od którego momentu. Były kolejne wydarzenia, rekolekcje z misjonarzami i zawsze mnie to pociągało – mówi Agnieszka. Postanowiła, że spróbuje.

Uczęszczała na spotkania organizowane raz w miesiącu. Cały czas odpowiadała sobie na pytania, czy na pewno się nadaje i czy na pewno da sobie radę. Na pewno bardzo chciała. Kluczowym momentem, jak uważa, jest czas podejmowania decyzji. Zwykle najpierw się wydaje, że misje to wielkie poświęcenie, pojawia się lęk. Ale wystarczy go pokonać. – Na spotkaniach usłyszałam, że są wyjazdy na trzy miesiące i na dłużej, na rok. Chciałam dobrze rozeznać, czym są misje. Uczestniczyłam w warsztatach modlitewnych, prezentacjach. Wierzyłam, że Pan Bóg tak to pokieruje, że wszystko się uda – opowiada.

Przeszła formację misyjną. Na krótko wyjechała do Albanii. Trafiła tam do sióstr misjonarek miłości, zgromadzenia założonego przez bł. matkę Teresę z Kalkuty. Tam też pracowała w ośrodku dla chorych, a także dla niepełnosprawnych, porzuconych kobiet, osób z problemami psychologicznymi, nawet dla umierających. Ośrodek ten prowadziły misjonarki miłości. Na miejscu, mimo trudności, okazało się, że to była świetna decyzja i że misje to sama radość. To po prostu dobry prezent od Pana Boga.

– Moje zadanie tam polegało na tym, by pograć na gitarze, posiedzieć przy kimś, pomóc w jedzeniu. Wtedy bardzo pomagały mi słowa s. Franceski, która zawsze mówiła: „Patrzcie na każdego człowieka tak, jakby w nim mieszkał Pan Bóg!” oraz podkreślała, by dawać każdemu człowiekowi coś, co jest bardzo zwyczajne: uśmiech, opatrzenie rany, ale też, żeby patrzeć na tę chwilę, która trwa teraz – zwraca uwagę. – Kiedy wróciłam do domu i opowiadałam o tym bliskim, pytali mnie, jak sobie z tym radziłam, nie znając języka albańskiego. Wtedy zawsze mówiłam: „To był taki język serca, język Ducha Świętego”. Wiedziałam jednak, że dzięki modlitwie i pomocy Pana udźwignę tę drogę.

Ewangelia i klocki lego

Potem odwiedziła Bułgarię, a po niej przyszedł czas na Ugandę. Nie wahała się. Jednak zdawała sobie sprawę, że to poważniejszy wyjazd. Już samo opłacenie biletu i szczepionek były ogromnym wydatkiem. Lecz Pan Bóg nie pozostawił jej samej. – Zaczęłam otrzymywać „pieniądze z nieba”. Nie umiem nawet tego wytłumaczyć, jak to się działo, ale pojawiali się tacy ludzie, takie wydarzenia, że trudno to po ludzku wyjaśnić – wspomina A. Głowacka. Potem wszystko szło jak lawina. Dostała w pracy premię, znalazła się osoba, która obiecała, że dołoży jej do biletu. Udało się. Wyjechała do Ugandy.

Można o czymś myśleć, śnić i nic konkretnego w tym kierunku nie zrobić. – Powiedziałam sobie wtedy: „Panie Boże, nie wiem, czy tego chcesz, ale ja odpowiadam na Twoje zaproszenie. Wiem tylko, że chcesz mojego szczęścia. Ty mnie prowadź”. No, i poprowadził mnie do Ugandy! Byłam tam dwa miesiące, pracowałam z dziećmi ulicy. I tam przeszłam szkołę życia – wspomina Agnieszka.

– Gdy wylądowaliśmy, okazało się, że wszystkie bagaże zaginęły. Został mi tylko bagaż podręczny, a w nim Pismo Święte i klocki lego. Zostałam w jednych ciuchach i jednej parze butów. Gdyby nie to uczucie, że Pan Bóg mnie tutaj przysłał, to pewnie od razu chciałabym wracać. Wtedy pomyślałam sobie, że nie o to chodzi; nie po to były te wszystkie rzeczy, aby to teraz zmarnować – opowiada.

Dostała kostkę szarego mydła, ręcznik i pokój bez okien. – Dzięki temu doświadczeniu miałam okazję poznać smak ubóstwa i poznać w tym wszystkim, jak Pan Bóg rozlewa swoje miłosierdzie, jak się troszczy, jak stawia nam ludzi na drodze i przez nich działa – akcentuje.

Trzymać Boga za rękę

– Czułam, że muszę zrobić coś więcej. Przede wszystkim odpowiedzieć na to zaproszenie Pana Boga – wspomina. Przed wyjazdem do Zambii udała się więc po błogosławieństwo do bp. Piotra Libery. Potem odwiedziła sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Płocku, gdzie powierzyła Panu Bogu swój wyjazd i całą jego organizację. Również i tym razem uzbierała całą kwotę potrzebną do wyjazdu. Spełniło się kolejne misyjne marzenie.

– Pracowałam tam z około 70 dzieci. Mój cały pobyt na misjach był jak wielkie miłosierne morze łaski. Nie umiałam wytłumaczyć, skąd brały się te wszystkie rzeczy i jak Pan Bóg się o to troszczył – twierdzi. Dotarła do małej wioski w buszu Lufubu, gdzie panowała cisza, a która jednak tętniła życiem – dzięki dzieciom. – Miałam w głowie słowa św. Ireneusza „Chwałą Pana jest człowiek żyjący”. Tak i ja miałam poczucie, że budzę się i czuję, że żyję w pełni; że nie była to zła decyzja. Nawet gdy pojawiały się trudne momenty, jak choćby malaria czy inne choroby, miałam w sobie niesamowity spokój serca. Czułam, że to ogromna moc. To tak, jakby trzymać Pana Boga za rękę! Można nie mieć po ludzku nic, a można doznać takiego szczęścia i pokoju od Pana Boga, że nie sposób sobie tego wyobrazić – opowiada Agnieszka.

Czego ją nauczyły misje? – Pokazały mi przede wszystkim to, że Pan Bóg jest ponad wszystkim, a my powinniśmy się modlić o niemożliwe, bo z Nim wszystko jest możliwe. Choć w życiu nie będzie łatwo, gdy otrzymamy krzyż. Ale gdy go przyjmiemy, to ten krzyż nas nie przygniecie. On może nami zachwiać, ale Jego moc nas podtrzyma. Zawsze za tym krzyżem jest zmartwychwstanie. Misje były dla mnie najpiękniejszymi chwilami życia. Czuję, że musiałam jechać na misje, aby zobaczyć, czym jest piękno i miłosierdzie Pana Boga, doznać go w tych wszystkich ludziach, wydarzeniach. One były dla mnie jak spacer z Jezusem na pustyni – mówi z uśmiechem Agnieszka.

Co się zmieniło w jej życiu po powrocie? – Ciężko było się odnaleźć – przyznaje. – Zawsze, gdy było trudno, wiedziałam, że jedynym punktem dnia i jedynym takim miejscem, które się nie zmieni, jest Eucharystia. Nieważne, gdzie na niej byłam, czy to w Ugandzie, Zambii czy w Polsce, czułam wewnętrznie, że to mój punkt, do którego zawsze mogę wracać i z niego czerpać. Najgorszym ubóstwem człowieka nie jest to ubóstwo materialne, ale to duchowe. Nam potrzeba w tym świecie miłości. Skąd zatem możemy ją czerpać, jak nie z Eucharystii – uważa Agnieszka Głowacka.

Agnieszka Otłowska